VII Tour de UEK

Posted on cze 07, 2011 under Maratony, zawody XC, Relacje | View Comments

W piątkowe popołudnie na stronie rowerowanie.pl wyczytałem o XC w centrum Krakowa. Trochę wstyd, bo okazuje się , że to już VII edycja a ja o niej usłyszałem po raz pierwszy. Nie czekając zbyt długo zgłosiłem swój udział (nie czekałem z decyzją bo a) rejestrując się do piątku włącznie na numerku startowym dostawało się wydruk swojego imienia, teamu itd, więc +3 do lansu, b) niska opłata startowa 10pln.. niższa niż jakiekolwiek inne XC, w którym mi było dane wziąć udział, c) to 10 minut od mojego domu…).

W trakcie rejestracji dowiedziałem się od obsługi, że ich webmaster to druciarz, dlatego też rejestracja on-line ma problemy i nie działa, a ponadto, że nie muszę się stawiać skoro ranne wstają zorze – czyli o 9 rano w niedzielę – celem dokonania wpłaty. To ostatnie mnie najbardziej ucieszyło, bo o ile zawody miały miejsce w niedzielę o tyle ja w sobotę wieczór miałem imprezę urodzinową.. ;)

Wybranie roweru startowego było drobnym problemem – podstawowy Zaskar po Zabierzowie ciągle w częściach – a w sumie to SID czeka na lepsze czasy coby dokończyć jego serwis, Karakoram ma rozjechany amortyzator i czeka na cokolwiek innego.. pozostał Outpost, który jest rowerem strikte – turystycznym na niskiej klasy osprzęcie, ważący tyle, że mógłby bić rekordy na trasach DH.. no ale startować trzeba, więc Outpost do boju :)

Jeszcze tylko wrzuciłem zapytanie na forum.retromtb.pl z nadzieją, że staszek się zdecyduje, bo w sumie samemu to zawsze trochę gorzej – a tak to była opcja pościgać się razem ;) Dodam, że na wstepie plan był startować w elicie – głównie dlatego, że start amatorów był godzinę wcześniej, a ja po imprezie szanuję każdą godzinę snu :) W efekcie jednak obudziłem się o 8 rano bez większych problemów, gdyż imprezę zepsuła mi awaria w pracy, przez co alkoholu spożyłem tyle co prawie nic ;) Dałem znać staszkowi, że jednak możemy startować w amatorach, zebrałem się i w tempie zawałowym popędziłem na Rakowicką. Rozgrzewka była całkiem ok, ze sobą wziąłem tylko bidon, żadnych narzędzi, jedzenia itd – na 40 minut kręcenia powinno mi styknąć śniadanie i banan do tego.

Pojawiłem się akurat na ostatnich rundach kobiet. Tuż po zakończeniu ich wyścigu sędzia pozwolił amatorom przejechać trasę i ją poznać. Siadłem na kole staszkowi i rozpoczęliśmy rekonesans :) Co tu dużo mówić – trasa super – ile się ścigałem tyle nie widziałem jeszcze tak przyjemnej, ciekawej i w sumie to pokręconej trochę trasy. Dość urozmaicona: asfalt, kostka brukowa, chodniki, trawa, piasek, krawężniki wysokie.. sporo skakania po owych krawężnikach, sporo króciutkich, ale dożartych podjazdów, kilka spadków (na jednym z nich latałem jak Adam).. ogólnie bardzo pozytywne wrażenie na mnie wywarła – aż się samego startu nie mogłem doczekać. Staszek gdzieś zniknął a ja zdecydowałem się jeszcze raz wolno przejechać trasę i opatentować ze 2,3 miejsca, na których poszło mi średnio. W trakcie tego patentowania poczułem luz na lewej korbie i zorientowałem się, że się troszkę odkręciła na kwadracie… (*&*(&*(&*(&^*&^ – tyle tylko powiedziałem pod nosem. Korba wkręcana śrubą płaską, potrzebny klucz nasadowy… lipa – nikt tutaj takiego nie ma. Standard to imbus lub jakieś magiczne patenty z Hollowtecha.

Jak tak szukałem rozwiązania tak wystartowali amatorzy… olałem poszukiwania i zacząłem oglądać jak idzie staszkowi. Pierwszą połowę (4 kółka) trzymał się mocno w okolicach 5-6 miejsca – szedł jak burza. Potem zaczęło go coś odcinać i tak spadł na jakieś 7 miejsce mając przed sobą sporo do następnego zawodnika, a za sobą jeszcze więcej… pewnie też stąd stracił moc, bo wiadomo jak to ciężko jest gonić kogoś, kogo nawet nie widać ;) Gdy przejechał linię mety i zameldował się na miejscówce pod basenem opowiedziałem mu historię korby i zdecydowaliśmy się najpierw wkręcić ją śruba pożyczoną z jego roweru a po chwili staszek stwierdził, że w sumie to mogę wystartować na jego Univedze – i dzięki temu znowu mi się micha ucieszyła :D Co prawda start w elicie po tym co zobaczyłem w amatorach był dość karkołomny, ale co tam – zmieniłem taktykę na „survival mode”, czyli „nie daj się tylko zdublować”. Trochę pokręciłem testowo na Univedze, stwierdziłem, że w pochyleniu na zakrętach ma problemy (opony nie te..), ale co tam – linia startu i… ogień :D

Pierwsze kółko było mocne – starałem się nie pozwolić na ucieczkę ostatniemu zawodnikowi :D Już na początku ze 2,3 odpadło, więc po pierwszych 2 kółkach zostałem z jednym zielonym (ale nie z rowerowania) i obiecałem sobie, że będę na nim siedział i gdzieś tam może coś się z nim powalczy :) Rower leciutki, na sztywniaku, więc kilka razy mną rzuciło na trawie dopóki się nie przestawiłem; na ostrych zakrętach niestety tracił trakcję, więc trzeba było hamować w kilku miejscach.. ale to też kwestia dupiatej techniki z mojej strony ;) Na 3 kółku bodaj mój „zielony towarzysz” na podjeździe pęknął swoją karbonową sztycę i zostałem sam. Chwilę później na nawrotce wykonując w piachu zakręt 90 stopni wygrzmociłem się waląc kontuzjowanym kciukiem prosto w glebę – ale tylko zakląłem pod nosem, chwyciłem kierownicę bez użycia kciuka i ogień dalej.

Po chwili palec przestał boleć, więc już bez problemów mogłem manewrować przerzutką tylną bez angażowania przedniej (staszek po amatorach podpowiedział mi, że średnia tarcza wystarczy na cały wyścig – racja..). 4 kółko to już było gonienie własnego cienia – pulsometr pokazywał czasem 180, czasem 190, czasem 200, starałem się określić jak daleko odjechała mi reszta i gdzie jest lider… i tak jadąc i wykręcając między drzewami, skacząc na krawężnikach itd w końcu wyrżnąłem się raz jeszcze w tym samym miejscu – teraz jednak kciuk powiedział od razu „pierdole, nie robię”, a, że miało to miejsce 100m przed linią startu, tak też zdecydowałem się zakończyć zabawę :(

Generalnie zawody bardzo warte polecenia – jednak coby nie mówić – nawet kategoria amatorów jest dość zaawansowana, więc należy wiedzieć na co się pisze :) Trasa oznakowana i przygotowana super, sędzia rewelacyjny, cała otoczka, klimat… rewelacja :) Jednak trzeba pracować – technika, technika – na zakrętach traciłem cholernie dużo. Koksu też zabrakło – od Zabierzowa coś się nie mogę zmobilizować do treningów.. oj trzeba się spiąć i do roboty :)

Zawody polecam bardzo – dzięki wielkie dla stacha za użyczenie swojej torpedy :)

I jeszcze kilka fotek:

Zdjęcia w tej relacji zostały zaczerpnięte z galerii zamieszczonych na stronach Tour de UEK:

Share


blog comments powered by Disqus