Błotna masakra czyli Suzuki Powerade Maraton 2011 w Zabierzowie

Posted on maj 17, 2011 under Maratony, zawody XC, Relacje | View Comments

Maraton.. raz jechałem mega w Krakowie w 2009 bodajże i jakoś nie przypadła mi ta forma rywalizacji do gustu. Tłum, tłok na zjazdach, niebezpieczne sytuacje, na podjazdach przepychanki.. słowem coś koszmarnego. W połowie owego maratonu wygiąłem hak w przerzutce i zdecydowałem się zakończyć wyścig. Później już tylko wyścigi XC, gdzie ludzi jest mniej o 2 rzędy wielkości i jest zupełnie inaczej…

Tak tez ustawiłem plan treningowy na ten rok – same XC. Jednak żona coś mi zaproponowała, że może jednak spróbuję w Zabierzowie – w końcu to rzut beretem, a trasa o wiele ciekawsza niż w Krakowie (która niespecjalnie mi się podoba..). No i tak bez większego namysłu zdecydowałem się wystartować. Tym razem na giga – w tym sezonie kondycja i wytrenowanie zdecydowanie na to pozwalają :) Równocześnie maraton miał być pierwszy poważnym testem mojego nowego Zaskara LE, więc.. zapowiadało się ciekawie.

Od początku było wiadomo, że będzie padał deszcz. Miałem tylko nadzieję, że niezbyt mocno i jakoś da rady. W sobotę zaopatrzyłem się w Finish Line’a w Cyklocentrum, coby nie profanować XTRa tanią oliwką, której używam do pozostałych rowerów :) Przy okazji też zaopatrzyłem się w komplet nowych opon na mokre i błotne warunki – do tej pory na błocie jeździłem tylko na Wetscreamach, a to przecież nie opona na 100km.

Pozostało jeszcze tylko… wesele. W sobotę akurat kuzyn się żenił, więc trzeba było się pojawić i wyjść jakoś z twarzą :) Jednak udało się podziałać tak, aby położyć się do spania koło 24 bez spożycia alkoholu – inaczej nie miałoby to zupełnie sensu. W trakcie wesela jeszcze tylko rejestracja w biurze zawodów (na szczęście rzut beretem, wesele w Brzeziu, zawody kilka km dalej w Karniowicach).

No i niedziela, pobudka 7:30… zanim się zebrałem, zjadłem, pozbierałem graty, pobawiłem z dzieckiem itd to już była 8:30 i zaczęło mi się lekko spieszyć. Z rowerem nie miałem zrobione nic – a musiałem jeszcze nasmarować stery, zmienić opony, wysmarować łańcuch, zmienić klocki hamulcowe, spakować graty potrzebne do plecaka, zrobić picie do camelbaga.. słowem sporo rzeczy. Z domu wychodziłem koło 6 razy wracając się za każdym razem po jakąś pierdołę.. miałem to wszystko przygotować wieczór wcześniej po weselu, ale też z wesela miałem wrócić o 20 a nie 24…

W końcu udało się wsiąść do auta i popędzić z Bronowic do Bolechowic – w niecałe 15min :) Zegarek pokazał 9:10, więc przystąpiłem do akcji. Opony dały radę dość szybko, klocki nie dały rady (po prostu wsadziłem nowe jako zapas do plecaka), posmarować, posegregować graty i na rower. Musiałem jeszcze tylko przejechać kilka km do Karniowic, bo plan był taki, że zostawiam auto w Bolechowicach celowo aby zrobić sobie rozgrzewkę :)

Na linii startu zameldowałem się 10 minut przed startem giga – w sam raz, aby wskoczyć na początek ostatniego sektora. Pogoda już była pod psem, ale jeszcze nie padało – tylko czasem pokropiło. Ubrałem od razu nogawki i rękawki, porobiłem zdjęcia, włączyłem Endomondo w telefonie i… start. Pierwszy podjazd (asfalt i kawałek w terenie) poszedł gładko, przycisnąłem dość i udało się zyskać sporo pozycji. Zjazd lasem na Dolinę Kobylańską był bardzo szybki i czujny – licznik mi tam pokazał jakieś 47km/h.. Potem podjazd do Będkowic i zjazd na Dolinę Będkowską – też szybki, choć już bardziej techniczny. Na dnie doliny na końcu zjazdu potok i dalej do góry podjazd i zjazd na Szklary – a tu zaczęło rypać deszczem – choć niegroźnie. Do 1 bufetu tempo bardzo dobre, pozycja w okolicach 120 – czyli trochę nadgoniłem pozycję w stosunku do startu.

W bufecie (na 20km) dolałem do camelbaga, zabrałem ze 2 żele, ciastka, banany do kieszeni i od razu w drogę. Za bufetem zaczęło się robić ślisko – na razie bez większych problemów, ale padało coraz mocniej i powoli zaczynało zawiewać nieprzyjemnie zimnym wiatrem. W Dolinie Eliaszówki siąpiło, pomacałem plecak na plecach i stwierdziłem, że kurtka jednak została w aucie – zgroza. No trudno – jeszcze tylko 70km :)

Na rozjeździe giga / mega trochę mnie przyblokowało psychicznie gdy to zakopałem się w piasku i ciągle pod nosem rzucałem mięsem na ową kurtkę. Chwilkę później odbyłem krótką rozmowę w stylu „już nie ma odwrotu, zjazd na mega przejechany, ale damy rady :)” i kręciłem dalej..

Gdzieś tam dalej z nadmiaru płynów chyba, albo raczej ich niewypacania musiałem zejść za potrzebą. W trakcie zsiadania z roweru chwycił mnie tak potworny skurcz w całym udzie, że myślałem, że zejdę. Potem czułem to udo do końca trasy – nie, żeby bolało, ale pamiętało, że było masakrycznie ;)

W okolicach 46km zaczął się kryzys – na początek psychika: jeszcze ponad połowa drogi, zimno jak cholera, mokro, tyłek boli, rower ustawiony raczej na krótkie XC, więc plecy chciałyby trochę luzu, skurcz ostatni w udzie.. ogólna masakra. Do tego znów mnie chwycił skurcz w udzie – ale tym razem w drugim… schowałbym głowę w piasek gdybym mógł (a piasku akurat było bardzo dużo naokoło). Po chwili jednak zacząłem rozmawiać z jakąś gigowiczką i jakoś zapomniałem o zmaganiach – taka chwila rozmowy o niczym i już lepiej :) Chwilę jechaliśmy obok, potem dojechaliśmy jeszcze kogoś i tak w trójkę już szło dalej. Byłoby całkiem nieźle – bo muszę przyznać, ze w takiej grupie jedzie się super – ale na asfalcie w Nowej Górze miałem chwilowy problem z łańcuchem – zaczął przeskakiwać na korbie i nie bardzo miałem pomysłu wtf – okazało się, że zesztywniały 2 ogniwa obok siebie, więc je szybko posmarowałem Finish Linem jeszcze i rozruszałem – było ok. Niestety moja „mini-grupa” uciekła, a ja nie miałem za bardzo ochoty dociskać i ich gonić – to było już za połową trasy niedaleko, ale już wtedy włączał mi się „survival mode” zamiast „dobrzeby było ukończyć w pierwszej połowie”.

Dalsze kilometry do 2 bufetu (który był na 60km) były bardzo traumatyczne – jakbym się nie posuwał do przodu. Złapałem się na patrzeniu w licznik, na tym, że bardzo nie chcę wyjeżdżać na otwarte przestrzenie bo tam piździ jak cholera i… poprawiłem sobie humor stwierdzając, że pomimo wszystkich tych problemów i przeciwności tak na prawdę nie mam problemów kondycyjnych – ciągle cisnę do przodu i to wcale nie takim złym tempem – a jak na te warunki to całkiem niezłym powiedziałbym :) Niestety miałem coraz więcej problemów z brakiem hamulców – przed zawodami nie wymieniłem klocków, a te były już wtedy w stanie agonalnym.. Chciałem wyczekac do 2 bufetu żeby nie zatrzymywać się bez sensu.

Gdy w końcu wjechałem na bufet było cholernie zimno. Wyciągnięcie z plecaka narzędzi, okładzin, oliwki (ktośtam pożyczał) kosztowało mnie cholernie dużo. Dłoni praktycznie nie czułem, ale jeszcze jakoś udawało się działać, okazało się, że wziąłem tylko 2 zapasowe okładziny (a wszystkie 4 były w rowerze na wyczerpaniu) a do tego obydwie są prawe.. jakoś podziałałem i wymieniłem stwierdzając od razu, że są problemy z napinaniem linki… masakra. Ustawiłem to jakkolwiek i pojechałem dalej (po drodze jeszcze pomagając komuś smarować łańcuch i zmieniać dętkę…). Po wyjeździe z tego bufetu cholernie wyczekiwałem podjazdu – byłem totalnie wymarznięty. Na nieszczęście zaraz za bufetem był zjazd, ale jakoś dało rady i zaraz się rozgrzałem na podjeździe :)

Dalej jechałem już prawie sam – czasem kogoś wyprzedziłem, czasem ktoś mnie.. po drodze miałem jeszcze postój na smarowanie czyjegoś łańcucha i powoli zliczałem kilometry do 3 bufetu – bo od niego było już tylko 20km do mety :) Nogi dawały cały czas, co kilka, kilkanaście minut zajadałem się ciastkami z kieszeni i wafelkami.. było nieźle, choć cholernie zimno. Czasami nie wiedziałem już czy naciskam klamki od hamulców czy to palce się naciskają wzajemnie – nie czułem różnicy. Palców u nóg też nie bardzo czułem. Ale stwierdziłem, że źle nie jest, bo kolor palców u rąk jest póki co poprawny, a poza tym bywało o wiele gorzej zimą w górach i nie było problemów, poza kilkudniowym dziwnym uczuciem w opuszkach palców :)

W zasadzie od 2 bufetu trasa była już taka sama wszędzie: podjazd (na całej trasie tylko 2 podjazdy musiałem prowadzić – bardzo się z tego cieszyłem – choć to też z powodu zimna i faktu, że na każdym podjeździe dawałem ile mogłem aby się ogrzać), zjazd w błocie (niektóre zjazdy były na prawdę koszmarne), prosta do następnej góry…

Przed Zawadą spotkałem jakiegoś singla na asfalcie – po tym jak stwierdził, że „umiera” zapytałem go ile ma na liczniku, odpowiedział, że 45km (czyli mega). Powiedział też, że zaraz bufet, opowiedział swoją krótką historię maratonów, stwierdziłem, że da rady dojechać do bufetu te 2,3km i poprułem dalej. Za Zawadą widok na Powroźnikową Skałę pomimo deszczu był obłędny – dodał mi dużo otuchy. Na bufecie dojechałem sympatycznego seniora, który radził sobie wyśmienicie. Cholernie mu zazdrościłem kurtki, a widok jak zaczyna przebierać gacie na długie na bufecie.. ehh pognałem dalej – razem z nim. Na samym bufecie już tylko ciastka i banany i do kieszeni.

Dalej kilka pomniejszych podjazdów i ciągle błoto. Miejscami w ogóle nie dało się jechać – zdarzyło się nam prowadzić rowery po prostej – po prostu nie dało rady się przez to jakkolwiek przecisnąć. Spoglądałem na licznik i widziałem, że jeszcze kilkanaście km. Ale w tym tempie, gdy nawet na zjazdach prędkość spadła do 10km/h.. masakra. Psychę odbudował mi widok moich ulubionych Chochołowych Skał – przejeżdżając obok nich przypomniałem sobie od razu moje ulubione drogi na nich i jakoś mi się poprawiło :) Podjazd pod Słoneczne jakoś dało rady i dalej w dół. I byłoby już dobrze gdyby nie jeden problem… za Starą Wsią za końcem asfaltu zaczął się zjazd a potem zakręt 90 stopni w prawo. Kilka metrów przed zakrętem dałem po hamulcach, a tu nic – zupełnie. Próbowałem cośtam, ale zero, umarły. Na liczniku niezbyt wiele (koło 25km/h), ale wizja niezbyt ciekawa. W końcu uciekłem w polę na trawę i jakoś w tym wyhamowałem. Jazda była skończona :( Próbowałem jeszcze dokręcić hamulce śrubkami baryłkowymi, ale nie szło to w ogóle – palce miałem tak zgrabiałe, że nie byłem w stanie tego utrzymać. Prawą cokolwiek się dało (ale bez efektów) a lewa nic. Na Dolinę Kobylańską więcej sprowadzałem niż zjeżdżałem. Hamowanie nogą niewiele dawało, za którymś razem w krzakach lądując stwierdziłem definitywnie, że czas zaprzyjaźnić się z przełajami :)

Kilka lat temu gdy siedziałem w Kobylanach z Kortasem na Turni Marcinkowskiego pamiętam, że biegliśmy stamtąd 20 minut z ciężkimi plecakami pełnymi żelastwa do autobusu na dole w Kobylanach.. 20 minut. Teraz się zastanawiałem czy dam rady tyle samo z rowerem w błocie – i udało się mniej więcej :) Na końcu dolinki jednak zrezygnowany doszedłem do wniosku, że spróbuję jeszcze podciągnąć linkę od przedniego hamulca. Wyciągnięcie imbusa z plecaka było mistrzostwem, ale udało się. Naciągnięcie linki.. bolesne, ale dało rady. Efekt? Działający w miarę hamulec przedni! Ogień i do mety :) Z Kobylan rzeczką wypadłem na asfalt a dalej już do mety. A tam szok i niedowierzanie – na mecie stała żona z małym, w strugach deszczu i całym tym syfie.. widok bezcenny :) Respect ;)

Na bufecie niestety został już tylko sam makaron z cukrem, ale zawsze coś. Musiałem jeszcze popędzić w dół do Bolechowic po auto (kolejny zimny zjazd..), spakować rower i przebrać się – to niezła trauma. Wróciłem po rodzinkę do Karniowic, Agnieszka mi wymyśliła herbatę w bufecie.. super :)

Ogólnie podsumowanie narzuca się samo – męski maraton, gratulacje dla każdego kto go ukończył. Byłem 129 / 183 w open, z czego 54 osoby nie ukończyły zawodów. W M2 byłem 28 / 47. Nie widziałem żadnych poważnych wypadków, ale słyszałem, że kilka takowych było..

Rower spisał się świetnie – napęd praktycznie cały czas działał dokładnie (pomijając chwile gdy coś go klinowało – patyki itd), amortyzator również nie miał chwili zwątpienia. Z tego powodu jestem bardzo zadowolony – to były pierwsze poważne zawody tego roweru po zakupie, które potwierdziły jego klasę :)

Organizacyjnie nic zarzucić nie mogę.. rejestracja w sobotę bez problemów, start ok, oznakowanie trasy super (jak nie byłem pewien czy jestem na trasie to patrzyłem na błoto a w nim miliardy śladów po oponach rowerów – to mnie za każdym razem przekonywało, że jadę dobrze). Ostatnią godzinę czy dwie co prawda nie jechałem już chroniony przez policję czy straż pożarną na drogach i przejazdach, ale nie można mieć wszystkiego – w końcu jechałem 8h, więc pewnie zwinęli się wcześniej.

Co dalej? Zweryfikowałem swoje poglądy na temat maratonów i o ile na mega nadal jest dla mnie zbyt tłoczno o tyle na giga… jak najbardziej :) Na Krynicę się raczej nie wybiorę, ale może Kraków albo Istebna albo Ustroń.. zobaczymy :)

Na koniec statystyki:

  • dystans: 103km (4km więcej gdyż dojazd z Bolechowic w 2 strony na rowerze)
  • czas jazdy wg licznika: 7h 21min
  • czas całkowity: 8h 9min
  • średnia prędkość: 13,67km/h
  • max prędkość: 49km/h
  • hr avg/max: 151/197
  • kcal: 4672
Share


blog comments powered by Disqus