Powrót Taty
Posted on gru 01, 2010 under Zapiski docenta | View CommentsWedług prognoz z rana, jutro w nocy (ze środy na czwartek) miało sypać śniegiem, a w czwartek temperatura miała podskoczyć do 0 stopni. Słowem – kataklizm na jezdniach. No i powoli zastanawiałem się już co tu jutro uczynić i jak ugryźć problem rowerowego transportu do pracy.
Jednak opad śniegu nas trochę zaskoczył. Sypać zaczęło powoli już koło południa. O 16 było widać już, że na Pilotów samochody gęstnieją aby o 17 ulica w dwie strony stanęła zupełnie. Czyli prognoza się lekko rozjechała w czasie a śniegiem dupnęło kilka godzin wcześniej
Z pracy teoretycznie miałem wychodzić chwilę przed 18tą, ale coś mnie tknęło, że może jednak tym razem wyjdę wcześniej – bo skoro narypało już tyle śniegu, a podłoże jest śliskie, to na rowerze po ulicach jechać się pewnie nie będzie dało, więc zostaną chodniki i ścieżki rowerowe. A te, jako nieodśnieżane w takich warunkach na pewno, pewnie będą zasypane i im później tym gorzej się będzie jechało.
Zebrałem się więc szybko, dałem znać małżonce, że wychodzę (koło 17:20) i po przebraniu jazda na rower. A ten już pod firmą szalał – tak jak przypuszczałem po ulicy nie dało się w ogóle jechać. Asfalt był mocno zalodzony, a na nim świeża warstwa śniegu, który zupełnie nie był z podłożem związany. Decyzja prosta i szybka – na początek chodnik. Tutaj tragedii nie było – na szczęście nikt go nie odśnieżał, więc świeży śnieg związał się szybko z tym starszym i jechało się w miarę dobrze. „W miarę” oznacza sporo siły wkładanej w pedałowanie oraz kontrolowanie kierownicy, która niczym na błocie chciałaby uciec w każdą stronę. Nie wspominając o wymijaniu pieszych, którzy w sumie w dupie mają, że rowerzysta jedzie i idą po linii prostej :)
Tak przejechałem kawałek, ale dalej już było gorzej – chodnik był zarypany coraz bardziej i coraz ciężej było nim drałować (bo jazdą już ciężko to było nazwać). Po ulicy również nie bardzo, ale.. me sokole oko wypatrzyło, że na środku jezdni pomiędzy stojącymi autami (jadącymi w przeciwnych kierunkach) jest świeżutki pas śniegu, który prawdopodobnie związany jest już cokolwiek z podłożem, gdyż nikt po nim nie jeździ i go nie rozjeżdża. Korzystając z faktu, iż auta stały, stoją i pewnie stać będą tam do rana, przeszedłem między nimi i spróbowałem jechać tym pasem… czad! Jazda super, śnieg dobrze związany, auta stoją w miejscu, więc nawet jakby mną rzuciło gdzieś to najwyżej musiałbym uruchomić OC w najgorszym przypadku :) Niestety, ale nie było tak super cały czas – przejazdy przez skrzyżowania były traumatyczne – nagle stawałem na środku jezdni, po której jechać się nie dało, więc przez skrzyżowania drałowałem, odpychając się nogami, próbując pedałować..
I w ten sposób dotarłem do Ronda Mogilskiego. Uff – stąd już ścieżka rowerowa, więc powinno być lepiej. Zjazd na dolny poziom ronda od kierunku Rakowickiej nie był problemem – co najwyżej slalom między pieszymi, którzy w takich warunkach w dupie mają ścieżki rowerowe i rowerzystów. Wyjazd na kierunek Ronda Grzegórzeckiego po stronie sądów również super. Ogólnie cała dolna płyta Ronda bardzo ładnie odśnieżona. Z Ronda wyjeżdżałem o 17:45, czyli jechałem już 20 minut.
Droga rowerowa między Rondem Mogilskim i Grzegórzeckim jest zasypana, ale chodnik jest dość szeroko odśnieżony, więc jedzie się całkiem przyzwoicie. Dalej z Ronda Grzegórzeckiego (przez której przejazd jest koszmarem – masa biegających (!) pieszych, śnieg porozwalany, ślisko pod spodem) w kierunku Bulwarów Wiślanych jedzie się bardzo dobrze. Zjazd z mostu Kotlarskiego na Bulwary Wiślane super – tego się dość obawiałem, bo jednak jest to trochę stromy zjazd a w tych warunkach to wiadomo, ale poszło bez problemu.
No i przyszedł czas na Bulwary Wiślane. Tego się obawiałem najbardziej – niczym Karadras, nie do przebycia, śnieżyca, zaspy… ale o dziwo na początku było całkiem nieźle. Po pierwsze dlatego, że wiatr wiał w tyłem a nie w mordę (co mnie bardzo zaskoczyło, bo jadąc w kierunku Wawelu zawsze mam w mordę), po drugie śniegu nie było wiele (a najbardziej obawiałem się nawianych zasp). Ale powoli.. jechało się dobrze – powoli, ale stabilnie. Ręce na rogach (żeby hamulce nie kusiły), prędkość koło 15km/h (2 prędkość kosmiczna ;) ). No ale powoli zaczęło się pogarszać. Droga wyglądała mniej więcej tak: kawałek lodu, nawiany śnieg, zaspa, nawiany śnieg, kawałek lodu, nawiany śnieg, zaspa.. i tak w koło Macieju. Ale po tym na szczęście dało się jechać. W jednym miejscu mi się rower tylko zakopał (uwieczniłem to na zdjęciu, galeria na dole). Kawałek Bulwarów od mostu Grunwaldzkiego na zakole obok Wawelu był jednak koszmarny. Po pierwsze jest tam podjazd (który normalnie nie ma znaczenia, ale teraz koszmar). Po drugie nawianego śniegu było tam koszmarnie dużo – i zupełnie nierozdziewiczonego do tego.. Pod koniec podjazdu się zatrzymałem, albo raczej rower mi sam stanął w miejscu. Musiałem trochę pokombinować aby się wyrwać i jazda dalej. Pod Jubilatem godzina była 18:14, więc jechałem już 50 minut. Do końca już Bulwarów Wiślanych (czyli do samego Salwatora) jazda była już dość ciężka – sporo nawianego śniegu i coraz mocniej w mordę wiatr.
Wyjazd z Bulwarów na Salwator był męski – pod górkę po nawianym śniegu – ale dało rady. Wyjazd na samą ulicę – koszmar. Jazda tym kawałkiem ulicy – ślizgawka – szybko uciekłem na chodnik. Stąd ucieczka w Kasztelańską, która okazała się być najlepszym odcinkiem w całej tej trasie powrotnej do domu – rozwinąłem nawet zawrotną prędkość 25km/h :D
Teraz już wjazd na błonia. Godzina 18:27, więc godzina po wyjeździe z pracy. Zastanawiałem się w którą stronę do Cichego Kącika – czy naokoło przez Focha czy może krócej przez Juvenię. Wybrałem drugą opcję – i był to wielki błąd. Odcinek do Juvenii super – szybko, rewelacja. A za Juvenią sytuacja się odmieniła o 180 stopni. Cała alejka była zaspą sięgającą prawie do piasty. Prowadziłęm rower aż do Piastowskiej. Tutaj okazało się, że chodnikiem po stronie Błoń nie da się jechać, po ulicy również. Na szczęście znów me sokole oko wypatrzyło szansę – chodnik po drugiej stronie miał się bardzo dobrze. I dojechałem nim aż do samego AGH – jechało się znośnie.
I tu błąd numer dwa. Czy pod skrzyżowanie Przybyszewskiego / Armii Krajowej jechać alejkami wzdłuż basenu AGH czy może chodnikiem na Piastowskiej a potem chodnikiem na Armii Krajowej? Wybrałem tą pierwszą opcję. Dzięki czemu już od basenu AGH aż do samego salonu Mercedesa rower prowadziłem rzucając mięsem pod nosem.
Spod salonu Mercedesa (gdzie znalazłem się o 18:52, więc sam odcinek z Błoń tutaj zajął mi prawie 30 minut) przeprowadziłem rower na drugą stronę Armii Krajowej i już w górę Przybyszewskiego udało mi się pojechać ulicą – choć rzucało mi tyłkiem na obie strony.
Do domu dojechałem po 88 minutach.. normalnie ta trasa zajmuje mi 30 minut.
Wnioski:
- Jadąc ulicą gdy jest ślisko dobrze jechać na blacie. Jeździłem 3×4 i było super. Poza tym reszta 2×4.
- Nie dotykać hamulców w trakcie jazdy – tak jest bezpieczniej :) Mam na myśli oczywiście takie warunki jak dziś, gdzie prędkość jest stosunkowo niewielka.
- Dobrze jest mieć zapasowe bateryjki do światła. Moje przednie światełko w połowie drogi zaczęło niedomagać – ale ja oczywiście zapas wożę :)
- Sakwy.. ja jeżdżę z pełnymi sakwami, które powodują, że cały tył mam dociążony. Wyobraźcie sobie jazdę pojazdem z napędem na tył z napakowanym tyłem i leciutkim przodem :) Dobrze mieć z tyłu szeroką oponę z grubym bieżnikiem. Wąskiej nie polecam – jak jest ciapa to się zakopuje koszmarnie i niewiele z jazdy wychodzi.
- Dobór trasy. Trzeba kombinować – tak aby choć jakkolwiek jechać a nie prowadzić. Większość trasy się da tak przeprowadzić, ale jak widać – nie jest to oczywiste.
To tyle. Młody ojca się doczekał – nawet chyba szybciej niż gdybym miał autem jechać – choć to potwierdzę jutro w sprawozdaniach znajomych z pracy :) Cały przejazd stał się całkiem niezłym treningiem, 1,5h, średnie tętno 160, max 185, ponad 1000 kalorii.. całkiem mocarny powrót do domu :) Dziś akurat mam w planie treningowym test progresywny, więc przynajmniej rozgrzewkę mam załatwioną :)
Wynik rywalizacji po dziś ustalam na remis. Zima – rower 2:2 – daję po punkcie zimie, bo dała w dupę i się nieźle namęczyłem; 3 – krotnie dłuższy czas powrotu, ale sobie również, bo dałem rady, gleby brak, odmrożeń nie ma, strat w sprzęcie również.
A co jutro..? Na pewno skoro świt łopata i odśnieżanie, a później to się zobaczy. Auto to ostateczność. Prognoza mówi, że rypać ma prawie do rana. Plus jest taki, że do rana ma być też poniżej -5 stopni, więc spora jest szansa na to, że świeży śnieg się dobrze zwiąże i może uda się kawałek pojechać ulicą, terroryzując kierowców. Zobaczymy.. :)





